12 października.
Mija rok.
366 dni
Dzień w którym pęka kilkanaście serc, a jedno przestaje bić.
Jedno z istniej przestaje istnieć.
Przestaje istnieć sens.
Przestaje istnieć wszystko co do tej pory miało jakiś cel.
Zabrali podporę, zabrali szczeble w drabinie.
Wszystko toczyło się wokół jednego. Wszystkie plany, marzenia i cele.
Jeden
dzień, który zmienił wszystko co do tej pory było zaplanowane. W jednej
chwili świat zatrzymuję się. Ułamek sekundy, a w głowię milion myśli i
jedno pytanie. "Dlaczego?!"
Pytanie na które nie ma odpowiedz. Pytanie na które nikt nie zna odpowiedzi.
Dzień zlewał się w noc, dni w tygodnie, a tygodnie w miesiące.
Czas przestał istnieć.
Wspomnienia, które miażdżą. Zrzucają na dno. Przygniatają.
Dopiero
wtedy dostrzegamy jak bardzo jest kruche życie. Jak bardzo cienka jest
linia po której chodzimy. Dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę jak bardzo
zapominamy ile warte jest życie.
Najgorsze było pogodzenie się
z tym, że już nigdy więcej nie zobaczysz osoby, która poświęciła Ci
tyle czasu, okazała tyle uczyć, nauczyła kochać, dzielić problemami.
Pokazała świat z innej perspektywy. Bardziej kolorowy i szczęśliwy. Dała
poczucie bezpieczeństwa i miłości.
Pomyśl jakbyś się czuł(a)
mając świadomość, że już nigdy nie zobaczysz kogoś, nie poczujesz
dreszczy na jej widok, nie będziesz odczuwać ślady istnienia. Jak się
poczujesz na myśl o tym, że pewnego dnia zapomnisz, mimo tego jak bardzo
nie chcesz zapomnieć.
Nie chcę zapomnieć jego uśmiechu, którym
zarażał wszystkich, jego słów, które działały na mnie uspokajająco. Boję
się, że pewnego dnia nie będę pamiętać jak wyglądał, jak się poruszał,
jak układały się rysy twarzy, gdy się śmiał. Boję się, że nie będę w
stanie sobie przypomnieć jego koloru oczu. Nie chcę zapomnieć
najpiękniejszych dni w moim życiu.
To imię zawsze będzie bolało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz